Starożytne igrzyska olimpijskie były przesiąknięte kulturowymi i religijnymi przesądami. Zawodnicy rytualnie oczyszczali swoje ciała. Odwiedzali świątynie i składali ofiary, aby ułagodzić bogów, którym igrzyska były poświęcone. W ramach praktyki, która przetrwała wieki, pili wywary z ziół i roślin, aby leczyć dolegliwości, przyspieszać regenerację i zwiększać wytrzymałość.
W ciągu 1500 lat, jakie upłynęły od ostatniej olimpiady starożytności do pierwszej w epoce nowożytnej, świat przeszedł długą drogę. Jednak przesądy nadal mają się dobrze. Co prawda, sportowcy nie oddają już czci bogom, a kapłani nie składają ofiar, ale to nie znaczy, że wszyscy zachowują się racjonalnie. Główny problem, jak zawsze, stanowi tzw. czynnik ludzki. A ludzie bywają przesądni i wierzą w rozmaite mity; częściej, niż nam się wydaje. Współczesny sport olimpijski zrzucił z siebie co prawda magiczno-religijny uniform starożytnej Olimpii, lecz zastąpił go kostiumem współczesnej pseudonauki i zabobonów. W sporcie olimpijskim współistnieją obok siebie zarówno wiarygodne, jak i zgoła nieprawdopodobne strategie, oparte na wyssanych z palca poglądach, a niektórzy sportowcy kurczowo trzymają się swoich szczęśliwych spodenek, amuletów i rozmaitych drobiazgów.
Przykładów olimpijskiej pseudonauki nie trzeba daleko szukać. Amerykański pływak Michael Phelps przez lata stawiał sobie na plecach bańki przez zawodami, bo, jak wierzy, stymulują one przepływ energii i usuwają toksyny z organizmu. A nawet wprowadził na rynek własne urządzenie do stawiania baniek.
Bańki to jedna z kilku metod medycyny alternatywnej (jak np. również chiropraktyka i akupunktura) stosowanych w sporcie wyczynowym. Aż 50–80 proc. sportowców korzystało z jakiejś jej formy, przy czym odsetek ten jest wyższy w sporcie wyczynowym niż rekreacyjnym.
Inną popularną metodą leczenia stosowaną przez sportowców jest krioterapia ogólnoustrojowa. Nie jest to, co prawda, medycyna alternatywna, ale skuteczność krioterapii również nie została potwierdzona solidnymi badaniami. W najlepszym przypadku jest to niedostatecznie zbadana strategia, która rzekomo przynosi korzyści w przypadku bólu mięśni; w najgorszym przypadku jest to potencjalnie niebezpieczna pseudonauka, która odciąga uwagę od skuteczniejszych metod regeneracji. Nie przeszkadza to jednak niektórym sportowcom stosować ją wręcz nagminnie. Brytyjski biegacz długodystansowy i wielokrotny złoty medalista olimpijski Mo Farah uczynił krioterapię ogólnoustrojową stałym elementem swojego programu rekonwalescencji, przekonany, że ekspozycja na mroźne powietrze może zmniejszyć stan zapalny.
Prawdziwym fenomenem jest popularność taśmy K-Tape – rzucającej się w oczy, wielokolorowej taśmy naklejanej na ramiona i uda sportowców. Rzekomo poprawia przepływ limfy i zmniejsza ryzyko kontuzji, ale dowodów na jej skuteczność nie ma. Niemniej, dzięki rozpropagowaniu jej przez producenta, który w 2008 r., tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie, przekazał ponad 50 tys. rolek taśmy sportowcom i drużynom sportowym w ponad pięćdziesięciu krajach, stała się nieodłącznym elementem niemal wszystkich wydarzeń sportowych.
Przesądy wśród czołowych sportowców są równie częste jak w starożytności. Medalistka judo, Kayla Harrison, ma szczęśliwe skarpetki, które nosi podczas zawodów. Przed każdymi zawodami węgierski łyżwiarz chińskiego pochodzenia Shaolin Sandor Liu dotyka najpierw prawej brwi, potem lewej i mruga do kamery, ponieważ sądzi, że przynosi mu to szczęście. Amerykańska pływaczka Stephanie Rice wierzy w numerologię; przed każdym wyścigiem wykonuje osiem zamachów rękami, cztery razy ochlapuje ciało wodą i cztery razy przykłada okulary do twarzy.

Badania przeprowadzone w 2010 r. na Uniwersytecie w Kolonii w Niemczech próbowały odpowiedzieć na pytanie, czy określony przesąd lub rytuał stosowany przez danego sportowca, ma jakikolwiek wpływ na osiągane przezeń wyniki. Dwudziestu ośmiu studentów, z których większość wierzyła w szczęście, poproszono o dziesięciokrotną próbę wbicia piłki golfowej do odległego o jeden metr dołka. Połowa grupy wykonała zadanie normalnie, bez żadnego przygotowania. Jednak u drugiej połowy badacze niejako „aktywowali” przesądy – po podaniu piłki mówiono uczestnikom, że piłka jak dotąd okazała się szczęśliwa. I to zadziałało. Osoby używające „szczęśliwej” piłki radziły sobie znacznie lepiej, trafiając średnio 6,4 raza w porównaniu z 4,8 raza grupy kontrolnej. Chociaż próby powtórzenia doświadczenia przyniosły mieszane rezultaty, było to jedno z pierwszych badań sugerujących korzystny wpływ przesądów na wykonywane czynności.
Czyżby oznaczało to, że i w sporcie działa efekt placebo? Na to wygląda.
Oczekiwania i wiara to środki stosowane przez trenerów, aby dać swoim zawodnikom psychologiczną przewagę. Nawet niewielki rezultat, jaki można uzyskać dzięki efektowi placebo, może mieć znaczący wpływ na wynik.
Sport wyczynowy to świat, w którym nauka, pseudonauka i przesądy są ze sobą powiązane. Sportowcy olimpijscy porzucają sceptycyzm na rzecz rytuałów i magicznego myślenia. Dlaczego tak jest?
W skrócie – chodzi o to, żeby wygrać za wszelką cenę. W przeciwieństwie do sportu rekreacyjnego, sportowcy wyczynowi, zwłaszcza ci z najwyższego podium, są zainteresowani nie udziałem, lecz tylko zwycięstwem. Obsesja na punkcie zwycięstwa zrodziła się z konieczności, ponieważ na igrzyskach sukces i porażkę dzieli bardzo niewiele. Na przykład, w finale biegu na 100 m kobiet w Barcelonie w 1992 r. pięć zawodniczek przekroczyło linię mety w odstępie czasu krótszym niż jedna dziesiąta sekundy.
W tym niezwykle konkurencyjnym środowisku dążenie do przewagi, nawet najmniejszej, jest czymś naturalnym. Wszystkie metody, niezależnie od tego, czy są naukowe, czy nadprzyrodzone, oparte na dowodach czy nie, są warte wykorzystania, bo przecież każdy punkt się liczy. Każdy efekt, nawet wyimaginowany, może zadecydować o zdobyciu złota lub srebra. Przy tak luźnych przepisach dotyczących zdrowia i dobrego samopoczucia sportowcy mogą swobodnie testować wszystkie produkty i usługi, jakie zechcą.
Nie oznacza to, że pseudonauka i przesądy dominują. Wielu sportowców i drużyn szanuje naukę i ufa, że ich personel udzieli praktycznych, opartych na dowodach porad. Wyczynowi sportowcy kierują się danymi, skupiając się na mocy wyjściowej, tempie uderzeń, długości kroku i wszystkich parametrach, które można rejestrować dzięki nowoczesnej technologii. Jednak większość olimpijczyków desperacko pragnie wyników. To właśnie w takich warunkach kwitnie pseudonauka.
Należy też pamiętać, że nawet niewinne z pozoru „naturalne” terapie mogą zaszkodzić. Bańki mogą powodować oparzenia i infekcje, akupunktura może prowadzić do urazów tkanek miękkich, a nawet odmy opłucnowej (przebicia płuca), jeśli igły zostaną nieprawidłowo umieszczone, a chiropraktyka może prowadzić do uszkodzenia tętnicy kręgowej i udaru.
Jedną z przyczyn takiego rozpowszechnienia wszelkiego rodzaju przesądów i terapii alternatywnych w sporcie jest fakt, że zawodnicy i trenerzy często preferują poglądy swoich kolegów po fachu zamiast opinii ekspertów naukowych. Starożytne igrzyska olimpijskie były pełne religijnych zwyczajów i przesądów. Wiele się zmieniło, ale przesądy pozostały, zaś wierzenia religijne zastąpiła pseudonauka. I nic nie wskazuje na to, by w przyszłości miało być inaczej.