Branża suplementów diety jest niezwykle lukratywnym rynkiem; jej globalna wartość szacowana jest obecnie na 177,5 miliarda dolarów. Opiera się w dużej mierze na obietnicach cudownych panaceów: produktów zabezpieczających przed infekcjami, wzmacniających układ odpornościowy, chroniących przed rakiem i poprawiających ogólny stan zdrowia. Symbolem współczesnej obsesji na punkcie suplementów diety jest witamina C.

W szumie wokół witaminy C jest tylko jeden element, o których można powiedzieć z całą pewnością, że jest to prawda: witamina ta jest niezbędnym mikroskładnikiem odżywczym. Do prawidłowego funkcjonowania organizmu potrzebne są niewielkie ilości tego związku chemicznego. Choć wiele osób wychodzi z założenia, że jeśli coś jest korzystne dla zdrowia, to im tego więcej, tym lepiej, w rzeczywistości żaden nadmiar zdrowiu nie służy.

Witamina C, potocznie nazywana kwasem askorbinowym, to rozpuszczalna w wodzie substancja chemiczna występująca w wielu owocach i warzywach. Znajduje się w dużych ilościach w wielu produktach spożywczych, w tym w jagodach, kiwi, brokułach, papryce, brukselce i oczywiście owocach cytrusowych.

Związek witaminy C z cytrusami ma swoje korzenie w historii szkorbutu, który pojawił się prawie 200 lat przed odkryciem samego związku chemicznego.

Szkorbut to choroba, do której dochodzi w wyniku niedoboru witaminy C. Był on powszechny od XV do XVIII w. wśród żeglarzy eksplorujących Nowy Świat, którzy nie mieli dostępu do świeżych produktów. Objawy szkorbutu zaczynają się od zmęczenia, osłabienia, bólu nóg i drażliwości, a następnie przechodzą w zapalenie dziąseł, anemię, trudności w gojeniu się ran, problemy z krwawieniem i obrzęk stawów. Nieleczony może prowadzić do krwawienia wewnętrznego, niewydolności narządów i śmierci.

Lekarz brytyjskiej marynarki wojennej, gdzie problem szkorbutu występował powszechnie podczas długich rejsów, James Lind, dowiódł swoimi badaniami na okręcie HMS „Salisbury”, że najlepszym środkiem zapobiegawczym jest dieta wzbogacona o owoce cytrusowe. Idąc za jego radą, od 1795 r. brytyjska marynarka wprowadziła na okrętach racje żywnościowe zawierające cytrusy, co skutecznie i na dobre wyeliminowało szkorbut jako chorobę.

Witamina C została wyizolowana dopiero w 1928 r., kiedy węgierski biochemik Albert Szent-Györgyi otrzymał kwas heksuronowy z tkanek zwierzęcych, kapusty i owoców cytrusowych. Nieco później został on przemianowany na kwas askorbinowy, co miało wskazywać na jego działanie przeciwszkorbutowe. Brytyjski chemik Norman Haworth wykorzystał odkrycia Szent-Györgyiego do określenia struktury chemicznej kwasu askorbinowego i jego syntezy w laboratorium.

Od tego czasu rola witaminy C w organizmie została zbadana dokładniej. Witamina ta jest uważana za przeciwutleniacz – chemicznie usuwa reaktywne i niestabilne cząsteczki (wolne rodniki), które powstają jako normalny produkt uboczny metabolizmu.

Witamina C jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania enzymów stabilizujących kolagen, ważne białko w tkance łącznej. To wyjaśnia patologie związane ze szkorbutem: pogorszenie stanu stawów, uszkodzenia tkanek, zmiany skórne. Witamina C kumuluje się w niektórych komórkach układu odpornościowego, co może zwiększać ich zdolność do reagowania na patogenne mikroorganizmy i ich eliminacji podczas infekcji. Witamina C odgrywa również rolę w funkcjach neurologicznych, wchłanianiu żelaza i transporcie kwasów tłuszczowych.

Zalecane spożycie witaminy C wynosi około 90 mg/dzień dla mężczyzn i 75 mg/dzień dla kobiet, z dodatkowymi 35 mg/dzień dla osób palących papierosy. Dla porównania: średnia pomarańcza i pojedynczy owoc kiwi zawierają około 70 mg witaminy C; filiżanka brokułów zawiera około 90 mg, a trzy czwarte filiżanki czerwonej papryki około 128 mg.

Jak więc widać, nie potrzebujemy jej wiele. Niestety, agresywna kampania reklamowa firm produkujących suplementy diety napędza sprzedaż, a tym samy prowadzi często do przedawkowania witaminy C.

Tymczasem układu odpornościowego nie można „wzmocnić” w tak prosty sposób. Jest on niezwykle skomplikowany; składa się z narządów, tkanek, komórek i substancji chemicznych wytwarzanych przez te komórki. Jeśli ktoś twierdzi, że dany produkt wzmacnia układ odpornościowy, powinno nas to skłonić do zastanowienia się. Które elementy układu wzmacnia? W jakim stopniu? Jak to wpływa na ogólną funkcję odpornościową i zdrowie? Układ odpornościowy to nie mięsień, który można wzmocnić. Działa w optymalnym zakresie i poza zapewnieniem mu niezbędnych narzędzi, niewiele można zrobić.

Witamina C wprawdzie odgrywa pewną rolę w funkcjonowaniu układu odpornościowego, ale jej przedawkowanie wcale go nie wzmacnia. W rzeczywistości nadmiar witaminy C zostanie po prostu wydalony. Jest ona rozpuszczalna w wodzie, więc gdy organizm osiągnie próg absorpcji, nadmiar stanie się produktem ubocznym, którego organizm się pozbędzie. Wchłanianie witaminy C osiąga maksimum przy spożyciu około 200 mg dziennie, a powyżej 1000 mg prawie cała witamina C jest wydalana.

Jednak również przedawkowanie witaminy rozpuszczalnej w wodzie może być groźne. Dawki powyżej 2000 mg na dobę mogą prowadzić do poważnych problemów żołądkowo-jelitowych: nudności, biegunki, skurczów żołądka. Przewlekłe przedawkowanie może prowadzić do powstawania kamieni nerkowych na bazie szczawianów. Nadmiar witaminy C może przyczyniać się do niepożądanych konsekwencji związanych z innymi mikroskładnikami odżywczymi, takich jak nadmierne wchłanianie żelaza i zmniejszone wchłanianie witaminy B12 i miedzi. Nadmiar witaminy C może zakłócać regenerację mięśni po wysiłku lub inne ważne procesy związane z odpornością.

Światowa mania na punkcie witaminy C rozpoczęła się w latach 70. XX wieku za sprawą Linusa Paulinga, wybitnego chemika, laureata Nagrody Nobla. Jest przykładem tego, że nawet ekspert, znany z naukowej rzetelności w swojej dziedzinie, może rozsiewać dezinformację, jeśli wykroczy poza swoją specjalizację.

Pauling natknął się na prace Irwina Stone’a, który bez żadnych dowodów postulował, że ludzie mają defekt genetyczny, który wymaga spożywania trzech gramów witaminy C dziennie. Wkrótce potem Pauling napisał książkę „Witamina C i przeziębienie”, w której zalecał przyjmowanie dużych dawek witaminy C w celu zapobiegania przeziębieniom, innym chorobom układu oddechowego, a nawet chorobom serca. Chociaż jego zalecenia zaczynały się od 1000 mg witaminy C dziennie, ostatecznie opowiedział się za dawkami sięgającymi nawet dziesięciu gramów. Być może najbardziej szkodliwym elementem jego spuścizny jest niepotwierdzona teoria, że nadmierne dożylne podawanie witaminy C może wyleczyć raka.

Tymczasem prowadzone na całym świecie badania nie wykazały, aby suplementacja witaminą C zapobiegała infekcjom dróg oddechowych, zmniejszała nasilenie objawów ani znacząco skracała czas trwania choroby. Nie zapobiega również chorobom serca, zwyrodnieniu plamki żółtej, zaćmie ani żadnym innym rzekomo zwalczanym przez nią dolegliwościom.

Informacja dotycząca witaminy C, która jakoby zwalczała nowotwory, opiera się na badaniach in vitro, w których komórki nowotworowe poddane działaniu megadawek witaminy C zostały zniszczone. Jednak z komórkami na kawałku plastiku można zrobić wszystko. W żywym organizmie tak się nie dzieje. Nie ma żadnych dowodów na to, że wielkie dawki witaminy C, podawane dożylnie lub doustnie, poprawiają rokowanie w leczeniu raka. Niestety, wiele osób rezygnuje z leczenia opartego na przesłankach naukowych, wierząc w tego typu obietnice. Mówiąc wprost: suplementacja witaminą C nie zapobiega, nie leczy ani nie wyleczy raka.

Fałszywe przekonanie, że witamina C wzmacnia odporność, utrzymuje się od dziesięcioleci, mimo że niezliczone badania nie wykazały korzyści z suplementacji w odniesieniu do różnych aspektów zdrowotnych.